Zobaczyła go po trzech latach. W mojej kawiarni.

Pracuję w „Przystani” w Jastarni czwarty sezon. To nieduża knajpa na końcu bulwaru, między smażalnią dorsza a sklepem z dmuchanymi kołami i parawanami w kratkę. W czerwcu po południu najczęściej biorę gofry z bitą śmietaną, stawiam na ladzie i patrzę, jak mewy robią awanturę o papierowe talerze. W tym roku szef poprosił, żebym została po zmianie, bo przyjechał autokar z Częstochowy. Zgodziłam się, bo zbierałam na nowy rower. Nalałam sobie zimnej herbaty do kubka z wyszczerbioną krawędzią i stanęłam przy oknie.

Wtedy weszła ona.

Szczupła, w lnianej koszuli koloru piasku, włosy spięte w niedbały kok. Usiadła przy stoliku z widokiem na zatokę, ale nie patrzyła na wodę. Patrzyła na drzwi. Zamówiła wodę z cytryną i zapytała, czy może zostać trochę dłużej, bo na kogoś czeka. W lokalu było pusto, więc powiedziałam, że może siedzieć do zamknięcia. Podziękowała tak cicho, że ledwo usłyszałam.

Potem co kilka minut otwierała torebkę, wyjmowała telefon, sprawdzała coś i chowała. Gdy przyniosłam jej rachunek — cztery złote za wodę — położyła na stoliku banknot dwudziestozłotowy i nie poprosiła o resztę. Schowałam go do kieszeni fartucha i pomyślałam, że ktoś czeka na nią nie tak, jak powinien.

Godzinę później weszli. Mężczyzna, kobieta i mała dziewczynka. Dziewczynka trzymała w dłoni różowe okulary w kształcie serduszek, mężczyzna podrzucał ją tak, że piszczała. Kobieta mówiła coś o tym, że ryba ze smażalni nie wywietrze z ubrań do jutra. Usiedli na tarasie, kilka stolików od tamtej kobiety.

Ona wtedy przestała oddychać. Widziałam, jak przycisnęła dłoń do obojczyka i przez kilka sekund nie wypuszczała powietrza. Potem powoli wstała.

Podeszłam przyjąć zamówienie. Mężczyzna poprosił dwie kawy i sok pomarańczowy dla dziecka. Mówił z lekkim akcentem, jakby przyjechał z innej części Polski. Nie słyszałam, jak się nazywa. Ale kiedy podawałam menu, zobaczyłam, że kobieta z okna wyciera dłonie w spódnicę.

— Marek? — powiedziała.

Mężczyzna uniósł brwi.

— Słucham?

— Marek. To ty.

Na chwilę wszyscy zamilkli. Mała dziewczynka przestała się śmiać.

Mężczyzna uśmiechnął się uprzejmie.

— Chyba zaszła pomyłka. Nazywam się Paweł.

Kobieta zrobiła krok w tył, jakby dostała w twarz. Wróciła do swojego stolika, usiadła, wzięła szklankę, ale nie napiła się. Ja poszłam do baru, bo dzwonił ekspres. A kiedy po kilku minutach wróciłam na salę, zobaczyłam, że kobieta, która przyszła z Pawłem, siedzi teraz przy stoliku tamtej z okna. Rozmawiały cicho. Słychać było pojedyncze słowa: „morze”, „nie pamiętał”, „lekarze”, „trzy lata”.

Nie dosłyszałam wszystkiego, bo akurat parzyłam kawę. Ale zrozumiałam jedno: ten mężczyzna nie kłamał. Po prostu nie wiedział, kim był wcześniej.

Następnego dnia przyszli znowu. Ona z okna siedziała już przy stoliku na tarasie, przed nią leżała tekturowa teczka z gumką. Gdy tylko weszli, wstała i podeszła do nich. Nie było w niej już tego drżenia. Wyglądała, jakby przez całą noc nie spała, ale trzymała się prosto.

Zamówili kawę. Postawiłam filiżanki i wtedy usłyszałam. Kobieta wyjęła z teczki białą kopertę i położyła ją na stoliku, między nim a sobą.

— To twoja połowa — powiedziała. — Osiemdziesiąt trzy tysiące złotych. Z oszczędności, które zbieraliśmy na firmę. Trzymałam je przez trzy lata.

Mężczyzna odsunął kopertę.

— Nie mogę tego przyjąć.

— Możesz. To twoje pieniądze. Zanim zaginąłeś.

Dziewczynka podeszła i położyła mu rękę na kolanie. On spojrzał na nią, potem znowu na kopertę. Kobieta z okna wstała.

— W środku są też dokumenty. Twoja część mieszkania. Nie chcę już za to płacić. To twoje.

Mężczyzna wziął kopertę, ale nie otworzył. Patrzył na nią, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie umiał.

— Nie jesteś już Markiem — usłyszałam, jak mówi kobieta. — Jesteś Pawłem. Oni na ciebie czekają.

Potem wyszła.

Zatrzymała się na ścieżce przed kawiarnią, zdjęła sandały i poszła w stronę wody. Piasek był jeszcze chłodny, bo dopiero dochodziła dziewiąta rano. Szła powoli, aż fala dotknęła jej stóp. Stała tak chwilę, a potem ruszyła dalej wzdłuż brzegu, w stronę portu.

Wróciłam do środka. Paweł siedział wciąż przy stoliku, trzymał kopertę obiema dłońmi. Ewa dotknęła jego ramienia, ale nic nie mówiła. Dziewczynka wspięła się na krzesło obok i położyła głowę na jego ramieniu.

Weszłam za bar, wytarłam ladę szmatką. Ktoś zamówił kolejną kawę. Świat działał dalej, a ja stałam przy oknie i patrzyłam, jak tamta kobieta robi się coraz mniejsza na tle morza, aż zniknęła za zakrętem bulwaru.

Został po niej tylko ślad stóp na mokrym piasku, który zaraz zmyła pierwsza fala.

Rate article
Sixty & Me
Zobaczyła go po trzech latach. W mojej kawiarni.