Nie spodziewałam się, że to będzie telefon od Izy, sąsiadki mamy z naprzeciwka.
— Kasia, słuchaj, nie chcę cię denerwować… ale coś tu się dzieje.
— To znaczy?
— Agata wczoraj wieczorem przyszła z jakimś facetem. Siedzieli w mieszkaniu chyba z półtorej godziny. Dzisiaj rano przyjechała znowu, tym razem z furgonetką. Wynieśli komodę. Taką tę starą, z przedpokoju.
Zamarłam ze słuchawką przy uchu. Stałam akurat w przerwie między lekcjami, na korytarzu szkoły, gdzie od dwudziestu lat uczyłam polskiego. Pachniało kurzem i kanapkami z szatni. Za oknem trwał listopad nad Poznaniem, mokry i bury. Nie mogłam zrozumieć, co właściwie słyszę. Mama od trzech tygodni leżała na intensywnej terapii po rozległym wylewie na Szamarzewskiego. Nie mówiła. Nie otwierała oczu. Lekarz powiedział nam otwarcie, że to kwestia najwyżej kilkunastu dni.
A moja młodsza siostra wynosiła właśnie komodę.
Zadzwoniłam do niej natychmiast. Odebrała po czterech dzwonkach, głosem takim niby zatroskanym.
— O co chodzi, Kasia? Mam teraz strasznie dużo pracy.
— Byłaś w mieszkaniu mamy. Z furgonetką.
Cisza. Taka, jakby ktoś przycisnął poduszkę do słuchawki.
— I co z tego? Klucz przecież mam.
— Agata, co znaczy „co z tego”? Mama umiera.
— No właśnie. A ty zawsze musisz robić z siebie świętą, co? Myślisz, że nie wiem, jak od lat podlizujesz się mamie?
Poczułam, że uginają się pode mną nogi. Serio. Usiadłam na ławce pod oknem i patrzyłam, jak dzieciaki na boisku grają w piłkę, zupełnie nieświadome, że komuś właśnie wali się świat.
Bo ja i Agata nigdy nie byłyśmy sobie bliskie. To znaczy — ja próbowałam. Kiedy tata umarł na serce w 2009 roku, miałam trzydzieści cztery lata, ona dwadzieścia sześć. Mama została w trzypokojowym mieszkaniu na Jeżycach, z emeryturą po piekarni, która ledwo starczała na opłaty. Ja z mężem i dwójką dzieci mieszkałam w Głogowie, półtorej godziny drogi. Agata studiowała wtedy w Krakowie, teatrologię, bo zawsze było w niej coś artystycznego i nieuchwytnego. Potem rzuciła studia po pierwszym semestrze. Potem kurs na kosmetyczkę. Potem półroczny wyjazd do Holandii, z którego wróciła bez pieniędzy, za to z nowym chłopakiem. Potem kolejne długi i kolejne telefony.
— Kasia, pożycz mi tysiąc złotych. Tylko na tydzień.
— Kasia, wiesz, co się stało, ten bar mleczny zamknęli, nie mam z czego zapłacić za pokój.
Zawsze jej pomagałam. Zawsze. Mąż krzywił się przy kolacji, ale nie mówił głośno tego, co oboje wiedzieliśmy — że Agata pasożytuje i będzie pasożytować wiecznie. Ciągnęło się to przez lata, przez dekady właściwie, i trwało, aż do tego telefonu w listopadzie.
Po rozmowie z siostrą zadzwoniłam na policję. Nie dlatego, że chciałam jej robić problemy. Chciałam po prostu, żeby ktoś to zobaczył, zobaczył razem ze mną.
Kiedy następnego dnia rano spotkałyśmy się pod drzwiami mieszkania mamy, przyjechała też dzielnicowy. Agata stała w progu, oparta o framugę, w beżowym płaszczu z sieciówki, i uśmiechała się tym swoim uśmiechem kogoś, kto już wszystko przemyślał.
— Wiesz, co jest śmieszne? — powiedziała do mnie, całkiem spokojnie. — Ty naprawdę myślisz, że jesteś tą dobrą córką. A ja znalazłam coś w szufladzie mamy.
Dzielnicowy patrzył na nas obie i nic nie rozumiał. Bo niby skąd? Nie wiedział, że kiedy mama trafiła do szpitala, ja jeździłam do niej w każdy weekend, z torbą pomarańczy i słoikami rosołu, ślęczałam w korkach na autostradzie, odwoływałam dyżury w szkole. Ostatnie badanie u neurologa załatwiałam prywatnie. Zapłaciłam czterysta pięćdziesiąt złotych. Nikt mi ich nie oddał.
A teraz stałam przed własną siostrą i czułam, jak narasta we mnie fala czegoś chyba gorszego niż gniew. Bo ona wyjęła z torebki starą kopertę z bibuły. W środku był list. Żółtawy papier, pismo mamy.
Wzięłam go do ręki i przeczytałam jedno zdanie, od którego zrobiło mi się słabo.
„Mieszkanie ma zostać dla Agaty, bo ona sobie nie poradzi”.
Gardło mi się ścisnęło tak mocno, że nie mogłam przełknąć śliny. Patrzyłam na papier i nie wierzyłam własnym oczom. To nie było prawdziwe. Nie mogło być. Mama nigdy nie powiedziała mi o tym ani słowa. Nigdy nie wspomniała. I miałam w głowie kompletny chaos — czy ten list jest sprzed roku? Pięciu lat? Dziesięciu? Czy był napisany po kłótni, której nie pamiętam? Nie wiedziałam nic.
Ale to, co stało się potem, było jeszcze gorsze.
Bo trzy dni później mama zmarła.
Nie zdążyłam z nią porozmawiać. Nie zdążyłam zapytać. Siedziałam przy jej łóżku, trzymałam za chłodną, suchą dłoń i szeptałam, że wszystko jest dobrze, że jestem przy niej, że nie musi się bać. Nie powiedziałam jej o niczym. Nie chciałam, żeby ostatnie godziny życia spędziła w strachu, że jej córki się nienawidzą. Że jedna drugą właśnie traktuje jak wroga.
Pogrzeb był w sobotę. Szary, mokry dzień na cmentarzu Miłostowskim. Stałam nad grobem w czarnym płaszczu, z naręczem chryzantem, i słuchałam, jak ksiądz mówi o miłości i rodzinie. Agata płakała w pierwszym rzędzie, oparta o ramię jakiejś przyjaciółki. Jej szloch niosło się po alejce. Ludzie patrzyli na nią z litością.
A ja nie płakałam. Nie mogłam. Stałam i myślałam o tej kopercie.
Po mszy poszliśmy do restauracji na Dębcu. Stypa, tradycyjnie, barszcz czerwony z krokietami, śledzie, kawa w termosach. Ktoś wzniósł toast za mamę. Ktoś płakał. A potem podniosła się Agata.
— Chciałabym coś powiedzieć. Mama miała jedno życzenie, które zapisała. To mieszkanie na Jeżycach ma zostać… w rodzinie. Będzie moje. Tak chciała.
Wszyscy patrzyli to na nią, to na mnie. Czułam na sobie ich wzrok. Czułam, jak serce wali mi w piersi tak głośno, że pewnie słychać je było trzy stoły dalej.
Wstałam bardzo powoli.
Oparłam obie dłonie na obrusie.
— Agata — powiedziałam cicho, ale tak, że wszyscy usłyszeli. — Powiedz im też, jak sprzedałaś pierścionek babci, żeby pojechać do Holandii. Powiedz im o komplecie srebrnych łyżeczek, który zniknął trzy lata temu, zanim ktokolwiek zdążył zapytać. Powiedz im o książeczkach z PKO, które opróżniłaś dwa tygodnie przed tym, jak mama trafiła na OIOM, zanim zmieniłaś zamki we frontowych drzwiach. Powiedz im to wszystko tutaj, przy wszystkich.
Zapadła absolutna cisza.
Słychać było tylko czyjś kaszel z końca sali i brzęk widelca, który wypadł z ręki mojemu bratu ciotecznemu.
Agata zbladła. Jej twarz zrobiła się zupełnie nieruchoma, jak maska pośmiertna. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nic nie wyszło.
A ja dodałam tylko:
— List, który niby znalazłaś, jest do niczego, jeśli ukradłaś oszczędności naszej matki zanim jeszcze umarła. A wiesz o tym dobrze.
Wyszłam z restauracji bez płaszcza. Sama. Zimny deszcz na twarzy był jedyną rzeczą, która trzymała mnie w rzeczywistości.
Sprawa ciągnęła się potem przez prawie rok. Sąd, pisma, adwokaci, rzeczoznawcy. Agata próbowała walczyć o to mieszkanie tak zajadle, jakby od tego zależało jej życie. Ale nie miała argumentów. Bo okazało się, że ten list, który znalazła, był podpisany przez mamę, ale bez daty i bez świadków, na luźnej kartce, dosłownie wydartej z zeszytu. Nic nieznaczący świstek, którym próbowała mnie pogrążyć.
I wyszło na jaw coś jeszcze, coś, o czym nigdy jej nie powiedziałam. Wiedziałam o tym od Izki, sąsiadki, która widziała więcej, niż powinna. Dwa dni przed śmiercią mamy, kiedy ja byłam w drodze ze szkoły, Agata siedziała przy łóżku i mówiła: „Mama, nic się nie martw. Kasia się wszystkim zajmie, ona zawsze jest taka zaradna. Podpisz tylko ten papierek dla mnie”.
Mama nie mogła wtedy mówić. Nie mogła pisać. Prawa strona ciała była w pełni porażona. Kiwała tylko lekko głową, na oślep, nie wiedząc już, kto przed nią stoi i o co prosi.
Nigdy tego siostrze nie wygarnęłam. Bo po co. Nie było już czego ratować.
Ostatni raz widziałam ją na korytarzu sądu okręgowego. Siedziała na ławce, zdenerwowana, przygryzając wargę. Patrzyła na mnie. Ja na nią. Żadna z nas się nie odezwała.
Wyszłam na ulicę, kupiłam kawę w automacie przy pętli tramwajowej i pojechałam do swojego życia. Do domu, w którym czekał mąż i dzieci, do pracy, która miała swój rytm, do spokoju.
Ale do dziś, ilekroć widzę na ulicy dwie kobiety w podobnym wieku, idące razem i śmiejące się z czegoś cicho, odwracam wzrok.







