Siedziałem w kuchni i patrzyłem na stygnącą kawę, kiedy usłyszałem dzwonek. Przez judasza zobaczyłem jej twarz — pani Janina, matka mojej żony, zawsze przychodziła bez uprzedzenia, jakby miała klucz nie tylko do klatki, ale i do naszych nerwów. Otworzyłem.
— Dzień dobry, mamusiu. Ania jest jeszcze w pracy.
— Wiem. Przyszłam do ciebie.
Weszła, zdjęła płaszcz, powiesiła go na wieszaku z taką miną, jakby sprawdzała, czy nie ma tam kurzu. Usiadła przy stole, nie czekając na zaproszenie, i postawiła przed sobą torebkę — tę samą, którą dostała od Ani na imieniny. Przez chwilę mierzyła wzrokiem moje papcie.
— Słuchaj, Marek. Nie będę owijać w bawełnę. Jutro złożysz pozew o rozwód.
Kawa, którą właśnie podnosiłem do ust, znieruchomiała w powietrzu.
— Słucham?
— Dobrze słyszałeś. Moja córka zasługuje na coś lepszego. Ty jej nie dasz szczęścia, nigdy nie dawałeś. To nie jest mężczyzna dla niej.
Roześmiałem się, ale jakoś tak sucho.
— Przepraszam, czy Ania panią o to prosiła? Bo jakoś wczoraj wieczorem, kiedy leżeliśmy w łóżku i oglądaliśmy serial, nic nie mówiła o rozwodzie.
— Ania jest za grzeczna, żeby ci powiedzieć. Ale ja jestem matką. Widzę, jak się marnuje przy tobie. Ty nawet dzieci jej nie możesz dać!
Odstawiłem kubek. Tego było za wiele.
— A pani skąd wie, co możemy, a czego nie możemy? Badała nas pani?
Pani Janina parsknęła.
— Znam swoją córkę. I wiem, że te trzysta czterdzieści tysięcy, które dostałeś po ciotce z Zakopanego, trzymasz tylko dla siebie. Mogłeś pomóc jej siostrze, Basi, z kredytem! Ona ma jeszcze sto dwadzieścia osiem tysięcy do spłaty, a ty nic. Siedzisz na tym jak Smok Wawelski. Jesteś skąpym, wygodnym facetem, który pasożytuje na mojej córce!
Zacisnąłem palce na kubku, aż kawa chlupnęła o brzeg. Nie chodziło o rozwód. Chodziło o pieniądze. Zawsze o nie chodziło. Ta chałupa z bali pod Giewontem, którą ciotka zapisała mi w testamencie, stała jej ością w gardle od dnia naszego ślubu.
— Proszę pani, te pieniądze są moim zabezpieczeniem na przyszłość. Naszą przyszłość. Z Anią planowaliśmy remont starego domu po dziadkach pod Krakowem, żeby w końcu wyprowadzić się z tego wynajmu. Ale pani wolałaby, żebym oddał wszystko Basi, która i tak ma męża z pensją w korporacji, prawda?
— Nie przekręcaj! — warknęła. — Ty Anię odciąłeś od rodziny, od siostry, ode mnie! Ona dzwoni do mnie raz na tydzień, bo ty jej nie pozwalasz!
Przetarłem czoło. Dzwoni raz na tydzień, bo ma własne życie, a nie dlatego, że jej bronię. Ale po co tłumaczyć? Ta kobieta słyszała tylko własne oskarżenia.
— Wie pani co? Zadzwońmy do niej. — Sięgnąłem po telefon leżący na blacie.
Pani Janina zesztywniała. Palce szarpnęły za pasek torebki.
— Nie mieszaj w to Ani! To sprawa między nami.
— Właśnie, że jej dotyczy. Skoro chce pani, żebym znikał z jej życia, niech ona to powie.
Wybrałem numer, włączyłem głośnik. Sygnał. Raz, drugi.
— Halo, Mareczku?
— Ania, jesteś potrzebna na chwilę. Twoja mama siedzi u nas w kuchni i mówi mi, że mam jutro iść do sądu po rozwód. Podobno cię unieszczęśliwiam. To prawda?
Cisza. Tylko szum z drugiej strony, gdzieś tam w tle dźwięk biurowej drukarki.
— Mama… oszalałaś?! — Głos Ani podniósł się gwałtownie. — Marek, oddaj jej telefon. Natychmiast.
Pani Janina wyrwała mi słuchawkę z ręki. Nie protestowałem.
— Aniu, dziecko, nie denerwuj się… Ja tylko…
— Tylko co?! Jakim… jakim prawem wchodzisz do mojego domu i mówisz mojemu mężowi, że ma się wynosić?! Przecież ja go kocham, słyszysz?! Kocham go, a ty nawet nie raczyłaś mnie zapytać o zdanie! — Głos Ani drżał, ale nie od łez — od wściekłości. W słuchawce coś stuknęło, pewnie długopis rzucony na biurko. — Jak ty w ogóle śmiesz, mamo? Po prostu… ja nie wierzę.
Staruszka zbladła. Wargi jej drgały.
— Córeczko, przecież ty nie wiesz, co on robi z tymi pieniędzmi…
— Wiem. Odłożyliśmy je na dom. Nasz wspólny dom. I przestań wreszcie, wiesz? Bo Basia sama mi powiedziała o tym kredycie. Że ty jej doradzałaś, żeby wzięła go właśnie pod naszą działkę. Słyszałam to od niej, rozumiesz?
Pani Janina poprawiła pasek torebki, który wyślizgnął się jej z palców. Otworzyła usta, ale Ania jej nie dała.
— Koniec. Wracaj do siebie. Porozmawiamy wieczorem, jak ochłonę. Ale dzisiaj. I obiecuję, że to będzie ostatnia taka rozmowa.
Rozłączyła się.
W kuchni zaległa cisza, tylko stary zegar na ścianie wybijał sekundy. Pani Janina powoli podniosła się z krzesła, zgarnęła torebkę i skierowała do drzwi. Płaszcz włożyła już w progu, nadal nie podnosząc na mnie oczu.
— Powinieneś wiedzieć — rzuciła cicho, do framugi — że Ania od dziecka bała się mi sprzeciwić. Ty ją tego oduczyłeś.
— Być może. I dlatego jesteśmy razem.
Drzwi trzasnęły. Został po niej tylko zapach perfum i jedna rękawiczka, która zsunęła się z szafki na podłogę. Podniosłem ją i położyłem na parapecie, tam gdzie zawsze suszy się zagubione drobiazgi. Za oknem Kraków przykrył się deszczem i szarością, a kawa na stole zdążyła już całkiem wystygnąć.







