Pan Zdzisław wstawał o piątej trzydzieści. Zawsze. Bez budzika — organizm przez czterdzieści lat pracy w hucie nauczył się wstawać przed świtem. Śniadanie równo o szóstej. Spacer o siódmej — trzydzieści pięć minut, ta sama trasa wokół Parku Szczytnickiego. Potem gazeta, obiad, drzemka. Żelazny rytm.
Po śmierci żony ten rytm stał się jeszcze bardziej napięty. Nie z bólu. Po prostu zrozumiał: dopóki jest rozkład dnia, dopóty on sam jeszcze istnieje. Grafik trzymał formę tam, gdzie nic innego nie zostało.
Wnuczka Kasia przyjechała w lipcu — opalona, głośna, z plecakiem i wielką torbą transportową. Z torby dobiegało ciche popiskiwanie.
— Dziadku — powiedziała od progu — to jest Kropla. Jest bardzo grzeczna.
Zdzisław zajrzał do torby. Potem spojrzał na Kasię.
— Co to?
— Jamnik. No, pies. Malutki.
— Widzę, że nie słoń. Po co?
— Dziadku, nie mogłam jej zostawić, wyjeżdżam na miesiąc do Norwegii, nie było komu…
— Na balkon — powiedział. — Niech mieszka na balkonie. Żadnej dyskusji.
Kasia otworzyła usta. Coś tam przemyślała.
— Dobrze. Na razie na balkonie. Na razie.
Nikt nie zwrócił uwagi na te dwa słowa. Błąd.
Kropla okazała się długa, ruda, z takim wyrazem pyszczka, jakby już wszystko wiedziała o wszystkich. Obeszła przedpokój — powoli, dokładnie — potem przeszła do dużego pokoju, obwąchała dywan, kanapę, kąt przy kaloryferze. Zdzisław ruszył za nią wzrokiem. Kropla zatrzymała się na środku pokoju. Spojrzała na niego — bez strachu, prawie z zaciekawieniem. I usiadła.
— Na balkon — powiedział ostro.
Nie ruszyła się.
— Powiedziałem: na balkon.
Kropla ziewnęła. Szeroko, z przyjemnością.
Zdzisław zrobił krok w jej stronę. Nie uciekła — po prostu spokojnie wstała i weszła pod kanapę.
Stał na środku własnego pokoju i patrzył na kanapę. Trzydzieści dwa lata kierował zmianą na wydziale walcowni. I to zawsze działało.
Z czasem Kropla przestała go drażnić. Po prostu stała się częścią przestrzeni. I patrzyła na niego. Zawsze.
Leżała obok i obserwowała — uważnie, z lekko przechyloną głową, jakby nasłuchiwała. Kiedyś czytał o podwyżkach cen prądu i na głos, nie zastanawiając się, powiedział:
— Skandal.
Kropla szczeknęła krótko. Jeden raz.
Zdzisław spojrzał na nią znad gazety.
— Zgadzasz się?
Patrzyła na niego.
— No właśnie — powiedział. — Skandal, tak.
To była ich pierwsza rozmowa.
Po tygodniu poszedł do sklepu zoologicznego. Wziął tanią karmę — tę samą, którą przywiozła Kasia. Włożył do koszyka. Potem spojrzał na sąsiednią półkę. Była inna karma. Droższa. Na opakowaniu napisane: „dla aktywnych psów małych ras, z jagnięciną”. Potrzymał w rękach. Odłożył. Znowu wziął. Przecież ona naprawdę jest aktywna. Biega cały dzień.
Kupił droższą.
W domu postawił miseczkę. Kropla podeszła, obwąchała i od razu zaczęła jeść — bez zwykłych sceptycznych manewrów. Patrzył na nią i czuł coś dziwnego. Nie dumę. Nie radość. Coś prostszego — po prostu dobrze, że je.
W środę w parku zatrzymał go sąsiad, pan Ryszard — osiemdziesięciolatek, zawsze z laską i zawsze gadatliwy.
— Panie Zdzisławie! Z psem pan już?
— Wnuczki — powiedział Zdzisław jak zwykle.
— Fajny piesek. Jamnik?
— Jamnik.
— Moja Helena, świeć Panie nad jej duszą, uwielbiała jamniki — powiedział Ryszard, siadając na ławce. — Mówiła, że są mądre. Czasem mądrzejsze od ludzi.
Zdzisław zamilkł. Patrzył na Kroplę — znalazła coś ciekawego pod krzakiem i pracowała nad tym z profesjonalną metodycznością.
— Zostawi ją pan?
— Nie. Wnuczka zabiera ją w piątek.
— Będzie pan żałował.
— Niczego nie żałuję — powiedział Zdzisław. — W domu będzie porządek.
Powiedział to twardo. Ale coś w tych słowach nie pasowało. Poczuł to.
Kropla podbiegła do niego, wsadziła pyszczek w but. Ręka sama zjechała w dół — podrapał za uchem. Przymknęła oczy.
Będzie porządek. Cisza. Czysty dywan. Trzydziestopięciominutowy spacer, jedna trasa. Wszystko jak dawniej.
Nagle bardzo wyraźnie zobaczył to „jak dawniej”. Mieszkanie o siódmej rano — ciche, nieruchome. Śniadanie w pojedynkę. Gazeta, o której nie ma z kim porozmawiać. Popołudnie, kiedy nie ma żadnego powodu, żeby iść do parku.
Trzy lata tak żył. I to był porządek. Ale teraz ten obraz nie wyglądał już jak porządek. Wyglądał jak pustka.
W czwartek wieczorem Kasia pakowała plecak. Kropla siedziała obok i z wyraźnym niepokojem obserwowała przygotowania. Zdzisław stał w drzwiach i patrzył.
— Zostaw zwierzę — powiedział. — Zajmę się nią.
Cisza.
Kasia powoli się uśmiechnęła. Tak się uśmiechają, kiedy coś wraca na swoje miejsce.
— Dobrze, dziadku. Zostawię.
Kropla szczeknęła. Krótko. Jakby stawiała ostateczną kropkę.
Kasia wyjechała w piątek rano. Zdzisław sam zaniósł plecak do samochodu, nie dał jej nieść. Wnuczka objęła go przy klatce — mocno.
— Zadzwoń — powiedział.
— Zadzwonię. I ty.
— Ja tak sobie nie dzwonię.
— Dziadku. Zadzwoń.
Samochód odjechał. Postał chwilę. Wszedł na górę. W przedpokoju czekała Kropla.
Zdzisław zdjął buty. Powiesił kurtkę.
— Teraz będziemy we dwie — powiedział.
Kropla szczeknęła.
— No i dobrze.
Porządek został. Pobudka o piątej trzydzieści, śniadanie o szóstej. Spacery trzy razy — to też stało się porządkiem, tylko nowym. Gazeta na podłodze w kącie — rzecz naturalna.
Rano przy śniadaniu czytał gazetę na głos. Sytuacja międzynarodowa, wiadomości z osiedla, czasem prognoza pogody. Kropla siadała obok i słuchała — poważnie, z głową lekko przechyloną w prawo.
Wieczorami Kropla wskakiwała mu na nogi. Gasił światło. Oddychała spokojnie, rytmicznie. Zdzisław leżał i słuchał.
Cisza. Ale nie pustka.
To była duża różnica.







